Spojrzałam za odchodzącym mężczyzną, zwieszając głowę. Skierowałam się mozolnym krokiem w stronę mojej chatki, na której drzwiach znalazłam liścik. Zerwałam go szybko i wpatrzyłam się w jego treść, ale nic nie mogłam odczytać.
Co się ze mną dzieje? Czy jestem tak długo z dala od cywilizacji, że już nawet zapomniałam, jak się czyta?! Otarłam łzy, które mimowolnie napłynęły mi do oczu. Usiadłam na kanapie, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Właśnie, muszę iść "do pracy". Czyli zwiedzać coraz to odleglejsze tereny, by zobaczyć, czy gdzieś nie kryją się zombie. Przebrałam się w wygodniejsze rzeczy i wzięłam dwa noże, tak na wszelki wypadek. Co jak co, ale nie znoszę strzelać z pistoletu, jest to dla mnie mimo wszystko niewygodne i zbyt... Nowoczesne? W każdym razie najlepiej od zawsze rzucało mi się nożem.
Wyszłam pół godziny później, gdy zaczęło się ściemniać. Obrałam jedną z mniej wydeptanych i znanych ścieżek, naprawdę miałam już w nosie to, czy będę bezpieczna, czy też nie. Za kłującymi chaszczami odkryłam jeszcze bardziej ukrytą dróżkę, która prowadziła w mroczniejszą część puszczy. Docierało tam o wiele mniej promieni słonecznych ze względu na bardziej rozłożyste i bujne korony drzew. Przypatrywałam im się z pewnym rodzajem ciekawości.
Może i podziwiałabym je dłużej, ale usłyszałam cichy jęk za mną. Odwróciłam się gwałtownie, ale nic nie zobaczyłam. Pewnie to wytwór mojej chorej wyobraźni. Gdy znów skierowałam wzrok przed siebie, w ostatniej chwili wyminęłam lecącą w moim kierunku strzałę. Szybko wyciągnęłam nóż i rzuciłam w stronę mężczyzny, który przed chwilą o mało mnie nie zabił. Ostrze, trafiwszy w klatkę piersiową, spowodowało jego upadek.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie kolejny kłopot. Tu. Były. Zombie. Zaczęłam biec ile sił w nogach przed siebie, bo wiedziałam, że sobie nie poradzę. Było tu ich niewiarygodnie dużo i byłam pewna, że znajduję się poza terenami obozu. Gwałtownie zatrzymałam się parędziesiąt metrów dalej, gdy ujrzałam przed sobą kolejne potwory. Nie mając innego wyjścia, skręciłam w lewo i pobiegłam tak szybko, jak nigdy wcześniej. Usain Bolt by przy mnie wymiękł. Byłam pewna, że ich już straciłam, ale biegłam dalej i szybciej, coraz szybciej. W ostateczności potknęłam się o wystający korzeń, częściowo się na niego nadziewając. Jęknęłam płaczliwie, po czym straciłam przytomność.
Christopher?
Christopher?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz