poniedziałek, 19 października 2015

Od Genevieve - CD historii Davida

Kawa.
Kawa jest miłością. Kawa jest życiem.
Oczywiście, David nie musiał o tym wiedzieć. Być może na zewnątrz byłam aktualnie [jak zresztą zawsze] zimną suką, lecz w środku skakałam z radości, niczym małe dziecko. Minęło tyle czasu, od kiedy ostatni raz do moich ust trafił ten istny dar niebios. Czysta ambrozja dla bogów. Krew dla wampirów. Ludzkie mięso dla przebrzydłych zombie. Nawet nie skrzywiłam się, gdy o nich pomyślałam.
- Jeśli musisz - odparłam, całkiem normalnym tonem, a przynajmniej tak normalnym, na jaki było mnie stać. Nie daj Boże, mogłam zaraz mówić przyjacielsko, a to tylko, by go zachęciło. Niech już mnie odprowadzi pod ten przeklęty dom, a potem niech spada, skąd przyszedł. - Chodźmy. Nie chcę tracić czasu.
Jak powiedziałam, tak się stało. Kiedy ja ściskałam w dłoniach kawę, jakby była jakąś świętą relikwią [oczywiście, uważałam, że nią jest], on ruszył za mną. Za nim się obejrzałam, zrównał mi kroku i szliśmy ramię w ramię. Zirytowało mnie to, lecz zachowałam milczenie.
Wreszcie - po piętnastu minutach napiętego milczenia - doszliśmy pod mój dom. Christopher'a bez wątpienia nie było w środku. O tej porze robił już pewnie nie wiadomo co. I to właśnie przez niego przesiadywałam całe dnie samotnie, a moimi jedynymi towarzyszami były książki i stary rock.
- Gdybym była uprzejmą osobą, zaproponowałabym ci wejście - mruknęłam. - Ale nie jestem takową osobą, więc chyba czas się pożegnać.

David?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz