Kiedy ciemnowłosy wtedy w łazience wystrzelił z tą wspólną kąpielą po
prostu przeszedłem jakiś osłabiony zawał. Serce na chwilę się
zatrzymało, a potem zaczęło bić jak oszalałe. Bum-bum, bum-bum niosło
się po całej łazience... przynajmniej ja tak to czułem. Wolałem nie
myśleć o tym jak wyglądała wtedy moja twarz. Żeby chłopak nie usłyszał
łomotania mojego serce natychmiast wybiegłem z pomieszczenia zostawiając
go samego w łazience. Postąpiłem egoistycznie, bo dobrze wiedziałem, że
przyda mu się pomoc przy wychodzeniu z wanny, a mimo to uciekłem jak
jakaś głupia panienka. Fajnie! Dowiedziałem się też, że jednak nie
jestem tak odporny na takie teksty jak myślałem. Również fajnie! Do tego
dochodził fakt, że musiałem nauczyć się je ignorować, ponieważ
najbliższe dni miałem spędzić na pielęgnowaniu Williama, a raczej jego
nogi. Zanim jednak doszedłem do jakichkolwiek sensownych wniosków, udało
mi się uciec z łazienki i zamknąć się na klucz w swoim pokoju. Zacząłem
oddychać wyjątkowo szybko, jakby zaraz na całym świecie miał się
skończyć tlen. Padłem zmęczony na łóżko próbując jakoś opanować bijące
jak młot serce. Schowałem twarz w poduszkę i zacząłem mruczeć pod nosem,
że jestem niezależny i żaden pierwszy lepszy przystojniak z niezłym
sprzętem między nogami nie sprawi, że nagle stanę się słodkim
chłopczykiem rumieniącym się z każdym wypowiedzianym komplementem, do
których za grosz nie byłem przyzwyczajony. Gdyby nie te postanowienia to
nawet bym się nie zastanawiał tylko wskoczył do wanny z ciemnowłosym.
Zaraz jednak odganiałem od siebie tak zboczone myśli wiedząc, że w ogóle
nie znam tego mężczyzny. Być może mógłby mnie skrzywdzić jeszcze
bardziej niż wszyscy inni, którzy do tej pory to robili. Te myśl również
należało odepchnąć. Tak jak już mówiłem... nie znałem go w ogóle. Moje
rozmyślania przerwało pukanie do drzwi i głos Williama. Nie myślałem
nawet pisnąć. Zapewne mój głos byłby tak załamany, że zostałbym pomylony
z jakąś rozpłakaną nastolatką, a wolałem uniknąć wszelkich docinek ze
strony mężczyzny. Kiedy usłyszałem jak odchodzi i idzie w stronę kuchni,
wstałem z łóżka i podszedłem do drzwi. Kiedy poczułem drżenie podłogi,
zorientowałem się, że William przeniósł się do salonu. Otworzyłem drzwi
pokoju i ostrożnie wychyliłem głowę rozglądając się. W końcu wyszedłem
na korytarz i stojąc w progu zobaczyłem jak brązowowłosy zajada się
słodyczami. Skrzywiłem się:
-Jak dziecko, normalnie. Nie wiesz, że najpierw je się obiad a nie
słodycze? - spytałem naburmuszony jak borsuk. William spojrzał na mnie
ze zdziwieniem.
-Obiad? Ugotowałeś coś? - już chciał się podnieść, ale ja krzyknąłem.
-ANI MI SIĘ WAŻ! - mężczyzna natychmiast zrezygnował z pomysłu – Rana ci
się poszerzy jak tak będziesz sobie swobodnie chodził i będę musiał ci
ją szyć. . - westchnąłem ciężko i złapałem się za głowę – Tak,
ugotowałem nam obiad. Nie martw się, nie jestem aż tak niezorientowany.
Mam się tobą należycie opiekować i wyżywienie ciebie jest jednym z moich
obowiązków. - powiedziałem spokojnie i przeniosłem się do kuchni.
Zabrałem się za podgrzewanie spaghetti i przygotowywaniem jedzenia dla
kociaków. Miałem pewne plany.
Do dwóch miseczek nałożyłem spaghetti i sosu. Oczywiście mojemu
pacjentowi dałem więcej, ponieważ nie jadł dłużej niż ja. William'owi
wziąłem widelec, a sobie pałeczki. Przeszedłem do salonu i dałem
mężczyźnie do rąk miseczkę z ciepłym posiłkiem:
-Spaghetti~! Mniam, mniam. - uśmiechnął się od ucha do ucha i zaczął
zajadać. Usiadłem obok niego i również zacząłem jeść. Po chwili chłopak
wskazał na niebieski kubeczek z gorącą herbatą:
-To dla ciebie. - powiedział za pełnymi ustami. Spojrzałem na nadal
parujący napar w naczyniu i zmierzyłem ciemnowłosego podejrzanym
spojrzeniem na co on tylko przełknął kolejny kęs i odpowiedział na moje
nieme pytanie:
-W końcu musiałeś wyjść, więc zrobiłem ci herbatki. - le ponowny zaciesz.
-Dzięki. - rzuciłem w miarę przyjaźnie i wróciłem do pałaszowania swojej
porcji. Po chwili usłyszałem chichot. Spojrzałem na Williama, który z
iskierkami radości w oczach patrzył na mnie powstrzymując śmiech:
-Śmiesznie wyglądasz jedząc tymi pałeczkami. - powiedział szybko. Ja
tylko przerwałem jedzenie i spojrzałem w jego stronę z uniesioną brwią.
Miałem w ustach jeszcze jeden nieco przydługi kawałek makaronu, którego
nie zdążyłem przełknąć słysząc słowa mężczyzny. On tylko uśmiechnął się
łobuzersko, odłożył swoją pustą miseczkę na stolik i zbliżył twarz do
mojej. Zjadł resztkę spaghetti z moich ust odgryzając go zaraz przy
moich wargach. Byłem w szoku... po prostu w szoku. Siedziałem tak do
czasu, aż się odsunął ode mnie. Moja twarz zapłonęła ogniem, a ten ma
zaciesz od ucha do ucha:
-Mówię ci... rozluźnij się trochę. Nie chcę żebyś zszedł na zawał. - zaśmiał się.
-Hę?! - spytałem i już miałem wygłosić ciąg słów, ale on położył mi palec na ustach.
-Szusz... jedz sobie spokojnie i wypij herbatkę zanim ci wystygnie. -
sięgnął po swój kubeczek i zaczął ogrzewać sobie dłonie na ciepłym
kubku. Ja na to tylko westchnąłem próbując się jakoś ogarnąć. Przez
chwilę myślałem, że ciemnowłosy po prostu taki jest i zachowuje się tak
wobec wszystkich. Taką przyjąłem wersję. Zjadłem resztę potrawy i
zabrałem się za herbatkę:
-Jak wypiję, opuszczę cię na chwilę. Muszę pojechać do kogoś. - powiedziałem biorąc łyk gorącego napoju.
-Po co? - spytał zdziwiony.
-Muszę ci załatwić kule. Nie możesz z taką nogą po prostu chodzić sobie
gdzie masz ochotę. Musisz mieć podparcie. - upiłem kolejny łyk.
-Długo ci to zajmie? - spytał przeciągając się.
-15 minut góra. - chłopak zaśmiał się.
-W promieniu najbliższych kilkunastu metrów nie widziałem żadnego domku.
- stwierdził – Najbliższy znajduje się około 20 minut drogi stąd w
jedną stronę.
-Nie idę z buta. - rzuciłem. Mężczyzna spojrzał na mnie z zainteresowaniem.
-Masz jakiś pojazd? - spytał zafascynowany.
-Można to tak nazwać. - wzruszyłem ramionami. Cezar nie był
przedmiotem, ale zaliczał się do środków transportu – Zresztą... sam
zobaczysz lub usłyszysz. - wstałem z kanapy – Zbieram się. Niedługo
wrócę, a ty... - wskazałem na niego palcem - ... żadnych gwałtownych
ruchów nogę. Zrozumiano? - spiorunowałem go wzrokiem.
-Taa jest, szefuńciu! - zasalutował na co ja tylko z niedowierzaniem
pokręciłem głową i ruszyłem do drzwi. Zabrałem ze sobą klucze, ubrałem
ciepłą kurtkę i wygodne buty, a potem wyszedłem z domku zamykając go na
klucz. Przeszedłem do przybudówki. Cezar przywitał mnie radośnie:
-Jedziemy na przejażdżkę, Cezarze. - powiedziałem do konia sięgając po
uzdę. Siwek zarżał radośnie i wierzgnął. Poklepałem go po szyi i
założyłem uzdę na jego piękny pysk. Ten potrząsnął łbem i ponownie
zarżał. Sięgnąłem po siodło i derkę i w miarę szybko zdołałem go
osiodłać. Wyprowadziłem do z szopy, wskoczyłem na jego grzbiet i nie
tracąc więcej czasu popędziłem go do galopu. Ruszyłem drogą przez las.
Było tamtędy najbliżej do stolarskiej chaty, gdzie liczyłem zdobyć kule
dla Willa. Cezar pędził ścieżką przez szpaler drzew, z których gałęzi
opadały czerwone i żółte liście. Nie miałem zamiaru go zatrzymywać.
Zawsze tak gnał kiedy za długo siedział w boksie. Nim upłynęło 5 minut
dotarłem do celu podróży. Siwek wierzgnął i zatrzymał się. Zeskoczyłem z
jego grzbietu i opuściłem wodze na ziemię co oznaczało komendę " zostań
". Cezar zaczął skubać pobliską trawę, a ja podszedłem do domku i
zapukałem do pięknie rzeźbionych drzwi. Otworzyła mi dziewczyna ubrana w bawełnianą koszulę, szerokie spodnie na
szelkach i masywne buty. Jasne włosy miała spięte w wysoki kucyk i
widać, że czymś się zajmowała. Do jej ubrania przyczepiły się drewniane
wióry.
-Hej. Jestem Haruka i pracuję jako medyk. - zacząłem uśmiechnięty – Czy
dostanę u ciebie kule do podpierania się? Mam pacjenta z kontuzją nogi i
potrzebuję dla niego pary kul. - powiedziałem przyjaźnie. Dziewczyna na
początku była zdziwiona, lecz potem uśmiechnęła się od ucha do ucha i
powiedziała:
-Wejdź do środka. Może uda mi się coś zrobić. - odsunęła się z drogi.
Wszedłem do jej chatki, która w środku wyglądała naprawdę pięknie.
Widocznie to ona była stolarzem w naszym obozie. Cały jej dom wypełniały
drewniane rzeźby i wiele drewnianych, zdobionych mebli. Dziewczyna
wbiegła do kuchni zabierając z tamtąd dwie szklanki, karton mleka i
talerzyk z ciasteczkami i poszliśmy razem do niżej położonego
pomieszczenia, którym była stolarnia. Jasnowłosa przedstawiła się jako
Sabina. Była w trakcie robienia czegoś na kształt drewnianych palet.
-Czyli mówisz, że potrzebujesz kul? Hm... ktoś swego czasu też miał
chorą nogę i ich potrzebował. Zaraz ich poszukam. - rozejrzała się.
Dopiero kiedy sam się rozglądnąłem, zobaczyłem istny chaos różnych
przedmiotów w tym pomieszczeniu. Podeszła do jednej ze stert i
przekładała rzeczy z miejsca na miejsce. Czas się dłużył, ale miła
rozmowa z Sabiną i wspólne poszukiwania sprawiły, że było bardzo
sympatycznie. Po pół godzinie zguby się znalazły. Owe kule były prostej
konstrukcji, ale jak później sprawdziłem były obszyte skórą w miejscach,
gdzie drewno stykało się z ciałem co sprawiało, że były bardzo wygodne.
Wziąłem je od dziewczyny i obiecałem, że oddam w stanie idealnym. Ona
tylko zaśmiała się.
-Spieszę się. Pacjent czeka. - rzuciłem i zmierzyłem ku schodom.
Jasnowłosa odprowadziła mnie do drzwi, pożegnała się i wróciła do swojej
pracy, a ja wróciłem na siodło Cezara i czym prędzej wróciłem do chaty.
Byłem już bardzo spóźniony, a nie chciałem być niesłowny. Przy domku
zeskoczyłem z wierzchowca i zaprowadziłem go do szopy, aby odpoczął, zaś
sam cichaczem wlazłem do domu. Było zadziwiająco cicho. Na paluszkach
zajrzałem do salonu, a tam napotkałem na przecudny widok. William razem z
grupą pięciu kotów spał na kanapie. Każdy z kotów spał gdzie indziej.
Stara kotka jak to mają w zwyczaju stare, doświadczone koty położyła się
przy chorej nodze, by " magicznymi " mocami wyciągnąć resztkę bólu. To
był po prostu słodki widok. Z zacieszem od ucha do ucha sięgnąłem po
duży, ciepły koc leżący na fotelu i delikatnie okryłem nim mężczyznę i
jego żywe grzejniczki. Kule oparłem o stół jakby ciemnowłosy chciał
wstać i jeszcze przez chwilę patrzyłem na śpiącego Williama.
-Słodkich snów. - szepnąłem, prawie niezauważalnie dotykając włosów
brązowowłosego. Wymknąłem się z salonu zamykając za sobą drzwi i
przemknąłem się do kuchni, gdzie zabrałem się za sałatkę. William
potrzebował dużo witamin, by jak najszybciej wyzdrowiał.
( William? Sry, że takie długie oczekiwanie ;_; )
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz