niedziela, 15 listopada 2015

Genevieve: Per aspera ad astra [konkurs] cz.1 | Mglista noc

We mgle tonęło wszystko. Ścieżka prowadząca w stronę lasu. Korony drzew, które zgubiły już swoje liście. Sąsiednie domy tych, którzy przetrwali. Nawet sama noc, a gęsta poświata sprawiała tylko, iż wydawała się jeszcze bardziej mroczniejsza, niż była w rzeczywistości. Wiatr starał się ją odgonić, jednak zbędnie. Pochłonęła ona także i jego, tak jak wszystko inne, co napatoczyło jej się na drogę. Nawet pohukiwania sowy zamilkły. Została tylko niekończąca się cisza, przerywana raz po raz świstem nocnego zefiru, który starał się uwolnić z pułapki, w którą sam się wpakował. Należało się draniowi. Za te wszystkie zrywane z głów kapelusze, marznących ludzi na dworcu czy tornada.
Siedziałam przed oknem , wgapiając się w niewyraźny widok. Christophera nie było w domu i dzięki Bogu. Pewnie załatwiał tam jakieś sprawy, jako doradca przywódcy. Zawsze wydawało mi się, że to, co robił jest nudne. Co prawda, bycie wojowniczką również nie było zbyt barwne. Szczególnie, że teraz - kiedy Obóz Ocalałych wydawał się wyjątkowo bezpieczny - nie było z kim walczyć. I o to właśnie chodziło przy doborze stanowiska. Pełen relaks i spokój. Bez żadnych nie potrzebnych problemów.


Powoli zbliżała się godzina druga, a ja nie byłam nawet zmęczona. Być może dlatego, iż spałam od piętnastej do dwudziestej, ale to pozostaje kwestią do uzgodnienia. Tak czy inaczej, lubiłam spać, więc sama sobie się dziwiłam, dlaczego jeszcze nie odpłynęłam w krainę koszmarów, w swoim milutkim, ciepłym łóżeczku. Dobra, być może przesadziłam z określeniem "milutkie i ciepłe". Materac był dosyć twardy, lecz nie mogłam za to winić sklepu meblowego, którego zresztą tutaj nie było. Inne czasy, inna wygoda, a raczej jej cholerny brak. Koc był jednak ciepły, więc nie narzekałam. A przynajmniej tuszowałam to nieszczerym uśmieszkiem.
Po skończeniu jednej z moich lektur, doszłam do wniosku, że niedługo będzie już godzina czwarta. Za jakiś czas powinno się przejaśnić, przynajmniej tak uważałam. Dzień czy noc, to nie miało znaczenia. Każda pora doby była tak samo monotonna i nudna. W Obozie Ocalałych nie działo się nic ciekawego.
Nagle uniosłam gwałtownie głowę, ponieważ jakaś ciemna postać mignęła mi we mgle. Była nienaturalnie szybka. Być może to tylko wytwór mojej wyobraźni? - pomyślałam. Ale ja, jak to ja, musiałam to sprawdzić. Nie było przecież innej opcji.
Moja prędkość była niemal świetlna, kiedy zamieniłam długą koszulkę i spodenki na czarne dżinsy, bluzkę i moją ulubioną skórzaną kurtkę. Nosiłam ją po ojcu, odkąd skończyłam czternaście lat. Na początku była zbyt duża, jednak ciągle hardo miałam ją na sobie. A kiedy jakaś głupia, różowa blondynka postanowiła mnie wyśmiać, dawałam jej w twarz. Zresztą, mało było takich osób. Byłam, mimo wszystkich moich sprzeciwów, osobą lubianą i popularną. To chyba przez moją pasję do wpakowywania się w kłopoty.
Kiedy stałam już u szczytu schodów, ostrożnie zrobiłam krok na dół i natychmiast zatrzymałam się, kiedy podłoga pode mną zaskrzypiała. Niech to szlag, mruknęłam w myślach. A co jeśli ta dziwna postać wlazła do mojego domu? To mogło nie być zbyt przyjemne doświadczenie.
Jak na zawołanie, drzwi wejściowe otworzyły się. Wstrzymałam oddech, chowając się za ścianą. Ciężkie kroki wolno zbliżały się w moją stronę. Chwyciłam pierwszą rzecz jaka była najbliżej, a był to świecznik. Byłam już gotowa. Kroki były coraz bliżej, a ja miałam przewagę zaskoczenia. Mogłam zwyczajnie uderzyć tego gościa w łeb i padłby, jak mucha. Wyskoczyłam zza ściany.
W tym momencie światło się zawaliło, a przede mną stanął mój brat. Świecznik był zaledwie parę centymetrów od jego głowy. Odskoczył, przestraszony, że ktoś go atakuje. Kiedy zrozumiał, że to ja, przybrał pytającą minę.
- Wow. Co to miało być? Nowy system ochronny?
- Jezus Maria Przenajświętsza - odłożyłam świecznik na swoje miejsce i usiadłam na schodach, chowając twarz w dłoniach. - Mógłbyś krzyknąć, że jesteś w domu albo coś. Prawię przeze mnie dostałeś wstrząsu mózgu - nagle niepohamowanie zaczęłam się śmiać.
- Tak, to bez wątpienia zabawne - mruknął, ale zobaczyłam, że jego kąciki ust, również podniosły się w górę. - Sądziłem, że już śpisz. Co robisz na nogach o tej godzinie?
-  Ja... Zobaczyłam coś przez okno, ale... - westchnęłam. - To pewnie byłeś ty. A szkoda. Mogło zacząć dziać się tutaj coś ciekawego.
- Mogłaś zginąć - uniósł brwi.
- To samo w sobie brzmi niezwykle ciekawie - przewróciłam oczami, poklepałam go po ramieniu i wróciłam na górę do swojego pokoju.
Miałam cichą nadzieję, że to koniec wrażeń na dziś, chociaż pragnęłam malutkiej przygody. Nie myślałam, że nasze pragnienia krzyczą do bram niebios bardziej, niż może nam się wydawać.

Ciąg dalszy nastąpi...
Następna część: Spacer po blasku księżyca

1 komentarz:

  1. Super, czekam na następną część i przypominam, że termin końcowy goni już tylko 5 dni do końca konkursu

    OdpowiedzUsuń