- Serio? - dziewczyna wyglądała na co najmniej zawiedzioną.
- Mhm. - uklęknąłem przy kostce, z której powoli sączyła się strużka krwi. - No, to zrobimy tak, że ja Ci to mogę mniej-więcej opatrzyć, jednak jako lekarz, sama zajmiesz się tym w domu.
- Jasne. - odparła opierając się na łokciach. Delikatnie owinąłem stłuczenie starając się je choć trochę usztywnić. Kiedy cały materiał znalazł się na nodze podniosłem się i spojrzałem na wykonaną robotę. Może nawet nie było tak źle...
- I co teraz? - Kath spojrzała na mnie wyczekującym wzrokiem.
- Jak to, co? Wracamy do domu. - powoli wziąłem ją w ramiona. Kurde, jaka lekka. Za lekka. Trzeba będzie coś z tym zrobić. Jakże ambitne plany na przyszłość. Przechodziłem między wszechobecną roślinnością przy okazji zważając, by Kath nie dostała żadnym liściem w głowę. Zachciało mi się do lasu łazić. Trochę potrwa, zanim wrócimy do domu. Panowała dziwna cisza. Kątem oka spojrzałem na trzymaną przeze mnie współlokatorkę.
- Kath, z Tobą wszystko w porządku? - spytałem przechodząc pod dość nisko osadzoną gałęzią.
- W jak najlepszym porządku. - uśmiechnęła się opierając głowę o moje ramię. - Daleko jeszcze?
- No, jeszcze trochę. - powiedziałem spoglądając na kostkę. Arafatka zdążyła już zmienić kolor na czerwony. - Boli Cię ta rana?
- Jakoś przeżyję. - wymamrotała w odpowiedzi. Wzruszyłem ramionami i ruszyłem dalej. Niebo zdążyło ściemnieć, więc wracaliśmy w ciemnościach. Po jakiś 20 minutach w końcu zauważyłem rysy domu. Przyśpieszyłem i po chwili wchodziłem już do salonu. Delikatnie ułożyłem Katherinę na kanapie, a sam opadłem obok niej.
- Dobra, trzeba się tym zająć, zanim ''opatrunek'' całkowicie przesiąknie krwią. - wskazałem na materiał, który prawie w całości przybrał ciemnoczerwoną barwę. - Przynieść apteczkę?
Kath?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz