sobota, 7 listopada 2015

Od Cezara

Mijał jedna z kolejnych deszczowych nocy. Nie umiałem spać. Sama wizja snu teraz wywoływała u mnie odruch wymiotny, a wszystko było spowodowane błyskawicami, które co chwila przecinały niebo. Patrzyłem na okno licząc krople deszczu, z kocem zarzuconym na ramiona i herbatą w dłoni. Za każdym razem gdy słyszałem grzmot kuliłem się lekko pod moim okryciem mając nadzieję, że nie uderzyło gdzieś blisko.
Na szafce nocnej obok mnie paliła się świeczka, a właściwie już jej połowa. Była trzecia nad ranem, godzinę temu rozszalała się burza i od tego czasu nie zmrużyłem oka. Pociągnąłem łyka herbaty. Kolejna smuga światła przecięła niebo. Skrzywiłem się, a po chwili (co trudnym do przewidzenia nie było) usłyszałem grzmot. Westchnąłem cicho dopijając herbatę. Wizja zejścia na dół by odnieść kubek nie była zbyt wesoła ale pocieszałem się faktem, że tam może mniej będzie słychać tę pierdoloną burzę.
Wstałem i wolno ruszyłem w dół schodów pogrążając się coraz bardziej w ciemności. W końcu po omacku dotarłem do kuchni. Może po omacku to złe słowo skoro i tak znałem ją na pamięć, toteż nie potrzebowałem dotykać ścian by się nie zabić.
Odłożyłem kubek do zlewu. Kolejny grzmot... Mam już tego dość. Wyjrzałem za okno gdzie wisiała gęsta mgła. Patrzyłem w nią nieco nieprzytomnym wzrokiem na chwilę gubiąc myśli kiedy zobaczyłem w niej czyjś kształt.
Pierwsza myśl? Oczywiście zombie. Kto inny szlajałby się o tej porze w burzy i takiej mgle? Lub może raczej co?
Tak czy inaczej postanowiłem to sprawdzić. Głupie? Bardzo. Ryzykowne? Bardziej. Złapałem jedyną broń, którą umiałem się posługiwać bez uprzedniego zabicia się czyli nóż, zarzuciłem kurtkę na ramiona, a kaptur na głowę i wyszedłem na zewnątrz.
Nie widziałem nic, kompletnie. Zrobiłem kilka kroków w przód oddalając się od drzwi w kierunku owej postaci kiedy coś złapało mnie od tyłu. Za mocny chwyt na zombie. Zamachnąłem się w tył z łokcia. Usłyszałem syk. Postać była na pewno wyższa ode mnie ale czy to trudne? Wątpię. Odwróciłem się ale znów nikogo. Tylko biała jak mleko mgła.
- Hej, gdzie jesteś? Na prawdę nie lubię burzy i wolę z Tobą porozmawiać na herbacie niż się cackać tutaj - rzuciłem w przestrzeń.
Znów uchwyt od tyłu, ktoś lekko mnie poddusił. Mocny chwyt, zdecydowany. Ani drgnąłem całkiem spokojny, ucisk osłabł. Może jednak będę musiał jeszcze zaparzyć dzisiaj herbatę.

< Kto by chciał przyjść do mnie na herbatkę?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz