poniedziałek, 2 listopada 2015

Od Cezara

Było ciemno i zimno, wiatr uderzał w moją twarz, a zimne powietrze szczypało niemile w rozgrzane od biegu policzki. Ów bieg trwał już dobre 10 minut. Uciekałem w kółko, niby bez sensu, a wszystko za sprawą tych durnych pasożytów ( określenie na zombie, które preferuje Cezar jednak proszę po tym nie oceniać jego nastawienia do nich xd ), które nie chciały mi dać spokoju. Wizja powrotu z nimi do domu też mi się nie uśmiechała, może jestem wariatem ale jeszcze mi na tyle nie odbiło by narażać innych.
Po raz kolejny mijałem znane mi już miejsca - wielką kałużę, do której już raz prawie wpadłem, kilka większych drzew, które znacznie się wyróżniały, grzyby obrastające stary pień. Dobiegając do wielkiego kamienia w końcu wpadłem na jakiś dobry pomysł. Przebiegłem po nim, odbiłem się tym samym wspiąłem na dość wysoką gałąź. Spojrzałem za siebie, pościg był nieco zdezorientowany. Przeskoczyłem na następne drzewo dość niedalekie, potem następne. Tak zaczęła się moja wędrówka po wielkich konarach. Zostawiłem je daleko za sobą.
Trochę się zamyśliłem, często mi się to zdarza kiedy tylko mam do tego sposobność, czyli kiedy jestem sam. Nie lubię tego bo zazwyczaj schodzę na tematy, których nie chcę poruszać nawet we własnej głowie. Tym razem jednak moje myśli wirowały koło tego co będę robił kolejnego dnia więc nie były to takie złe myśli, dały się znieść.
Miałem już spokój od kilku minut, jedynie rozmyślałem wspinając się i przeskakując po drzewach ale pokusiłem się o skok na kolejną gałąź. Spadłem. Gałąź była śliska, Bolało jak diabli kiedy spadałem w dół obijając się o kolejne gałęzie. W końcu mój upadek zakończył się mocnym uderzeniem w ziemię. Syknąłem z bólu. Chyba jednak nic sobie nie złamałem. Podniosłem wzrok i zobaczyłem czyjeś buty. No, ktoś miał szczęście, że nie wylądowałem na nim.

< Kto by chciał się wytłumaczyć czemu się szlaja po nocy?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz