niedziela, 15 listopada 2015

Od Christopher'a (do kogoś)

Bez wątpienia ludzie w tym świecie, w jakim teraz żyjemy, mają różne marzenia. Pragną na przykład znaleźć dach nad głową i czuć się bezpiecznie, jeśli błąkają się gdzieś po ulicach. Bez wątpienia wielu również liczy na to, że kiedyś wirus zombie zostanie wyleczony i wszyscy będą mogli wrócić do normalnego życia. Osobiście muszę przyznać, że nie rozumiem już pojęcia "normalnego życia" i jedyną rzeczą, jakiej teraz pożądam do usiąść rankiem przy kuchennym stole i zjeść śniadanie, ramię w ramię z moją siostrą. Ostatnio niezbyt dobrze między nami się układało, więc pewnie nawet nie mogę śnić o tym, byśmy przeżyli jeden normalny dzień, jak zwyczajne, spokojne rodzeństwo. Być może jest jeszcze dla nas nadzieja.

Genevieve spała jeszcze, kiedy wstałem, więc na wspólny posiłek nie miałem, co liczyć. Mijając jej pokój, poczułem jakieś dziwne ukłucie w sercu, które świadczyło o tym, jak bardzo brakuje mi mojej małej siostrzyczki. A może to właśnie był mój problem? Nie dawałem jej dorosnąć? Czułem się za nią tak odpowiedzialny, że z czasem przestałem widzieć w niej dorosłą kobietę, a dziewczynką, którą za wszelką cenę muszę uratować. Dziewczynkę, która była ostatnią bliską mi osoba, która pozostała.
Śniadanie zrobiłem sobie standardowe: jedna kanapka z szynką i ciepła herbata. Przy tym czytałem stare gazety, które zachowałem po dziś dzień. Opowiadały o wypadkach sprzed wielu lat, o problemach politycznych, o terrorystach... Teraz to wszystko nie istniało, ponieważ ludzkość miała o wiele poważniejszy powód do zmartwień. Powód śmiertelny, który przy odrobinie chęci mógłby zmieść nas wszystkich z powierzchni ziemi, jakbyśmy byli tylko drobinkami kurzu, a on wielką zmiotką. 
Równo o dziesiątej wyszedłem z domu na codzienny spacer. Dzisiejszego dnia nie miałem dużo pracy, więc chętnie ruszyłem w poszukiwaniu melancholii i spokoju. Gen chyba zbudziła się już, ponieważ słyszałem, jak krząta się na górze, w swoim pokoju. Wyszedłem, więc szybką, starając się nie narażać na jej poranny, zły humor, który był już dla mnie czymś zupełnie normalnym. Ta to zawsze miała zły humor.
Mimo jesieni, dzień wydawał się być wyjątkowo ciepły. Słońce przyjemnie grzało moją twarz, przedzierając się przez złotawe korony drzew. Wiatr nie szarpał moim ubraniem, jak to miał zwyczaju, tylko delikatnie trącał mnie, powodując miłe uczucie. Szczerze mówiąc, dawno nie czułem się tak szczęśliwy, tak jak w tamtej chwili. Tak jakby zombie nie istniały, a ja spacerowałbym sobie po lesie w mojej rodzinnej Wirginii. 
Dotarłem prawie do granicy Obozu, jednak postanowiłem zawrócić. Gdybym tam doszedł, spotkałbym bez wątpienia wartowników. Nie miałem jednak ochoty z nikim rozmawiać, ani w ogóle widzieć żywej duszy. Samotność czasami była potrzebna, by zaakceptować to, jak bardzo lubi się przebywać wśród ludzi. Ja zawsze lubiłem kontakty z innymi, w przeciwieństwie do Gen. Jednakże, gdyby tylko się postarała, miałaby całą masę przyjaciół. Nie rozumiałem tego, jak ktoś taki oschły jak ona, może wydzielać taką przyjacielską i zachęcającą aurę. Kiedyś jej to powiedziałem, kopnęła mnie w kostkę.
Na to wspomnienie uśmiechnąłem się mimowolnie. To były stare czasy, kiedy nie byliśmy zagrożeni, nic nie wybuchło, a ona i ja byliśmy zwyczajnymi dzieciakami, którzy lubią sobie dogryzać. Brakowało mi tej sielanki, tych niesamowitych czasów bez żadnych dylematów. Dlaczego Bóg skazał nas na coś takiego? 
Nagle usłyszałem szelest liści i odwróciłem się, napotykając czyjeś spojrzenie. 

Ktoś?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz