sobota, 26 grudnia 2015

Od Genevieve - CD historii Cezara

 [To jakże radosne opowiadanie zawiera dosyć sporą ilość przekleństw. Niecenzurowanych, bo to wygląda chujowo. O, i widzicie. Już na starcie magia wyrafinowanych dam was powala. Ale nie mówcie potem, że nie ostrzegałam, jeśli wasi rodzice nagle zapragnął przeczytać to, co widnieje na ekranach waszych komputerów. Pozdrawiam wszystkich rodziców!]

Słońce powoli znikało za koronami drzew. Jego ostatnie promienie przecinały liście, padając prosto na moją twarz. Oczywiście, wydawało mi się to przyjemne. Ciepełko przypominało mi o domu z młodości, który pozostawiłam daleko za sobą. O żarze kominka. O niedzielnych porankach. Niestety, również niezwykle mnie to wkurwiało, ponieważ nie da się dostać słonecznym promieniem po ryju i nie oślepnąć.


Tak właśnie szłam przez ten durny las, zasłaniając oczy wierzchem dłoni, przez co naturalnie nie miałam pojęcia, gdzie idę. W myślach zdążyłam ułożyć całą wiązankę przekleństw, której nie powstydziłby się sam Adolf Hitler. Postanowiłam ich wypróbować. I od tamtej chwili szłam, niczym niewidoma, przeklinając i potykając się. Żyć, nie umierać.
Las pozostawał, jednakże lasem. Dookoła mnie był prawdziwy plac zabaw dla Tarzana, więc idąc na ślepaka przypominałam raczej jebniętą kurę. Nie wiem, dlaczego akurat kurę, jednak było to pierwsze określenie jakie wpadło mi do głowy. Zaraz przed tym, jak ja wpadłam na ostający korzeń. Nie byłby to taki pierwszy, jednak ten wyjątkowo mi podpadł. Głównie dlatego, że się wywaliłam. I nadziałam wewnętrzną stroną ramienia na patyk, położony wręcz w najlepszym miejscu, w jakim mógł się znaleźć.
Syknęłam z bólu. Krew była? Była. Głęboka rana była? Była. Słońce nadal napierdalało? Napierdalało! A na dodatek od rana nie wypiłam nawet łyka kawy. Moje samopoczucie z minus, kurwa, sto obniżyło się o minus, kurwa, tysiąc. Po takim czymś definitywnie mogłam stwierdzić, że mój dzień był zły. Ha, kogo ja chciałam oszukać? Ten dzień był zwyczajnie beznadziejny.
Podniosłam się z brudnej ziemi, myśląc, że już gorzej nie mogłam upaść. Przynajmniej wieczorem, w samym środku lasu, nie było zbyt wielu chętnych do spacerowania i przyglądania mi się z myślą: "Ojej, może coś jej się stało? Pomóc jej? Nieee... Postoję sobie bezczynnie i porobię selfie. A potem opowiem znajomym całą historię, chociaż nazajutrz sam już będę miał to w dupie." Cudowny był ten świat. Aż łezka w oku się kręciła.
Najwyraźniej musiałam sobie poradzić sama, więc ciągle unikając promieni UV, skierowałam się w stronę najbliższego drzewa. Ustawiłam się tyłem do słońca, co dało mi parę chwil wytchnienia, za nim ruszę w dalszą drogę. Zerknęłam krytycznym spojrzeniem na ranę.
Nie było tak źle. Było chujowo. Niby mały, niewinny patyczek, a jednak ostry jak cholera. Ktoś go tu specjalnie zostawił, czekając na jakiegoś łamagę? Są tu ukryte kamery? Dzięki Bogu, że YouTube, czy inne serwisy społecznościowe już nie istniały. Miałabym przewalone. Ale wracając do mojego ramienia... "Ostrze śmierci" przecięło warstwę skórną. Rana miała na oko dwa centymetrów głębokości i sześć centymetrów szerokości. Przydałoby się ją oczyścić, jednak nie miałam odpowiedniego sprzętu. Pozostawał mi jedynie mój nóż, ale nie było nic bardziej obrzydliwszego, jak grzebanie czymś ostrym w ranie. No, dobra, było, ale nie chciałam się nad tym zastanawiać. Tak czy inaczej, nie zdobyłam się na to.
Oglądałam miliony filmów, gdzie główni bohaterowie, którzy mieli jakąś ranę, odrywali sobie kawałek koszuli i obwiązywali dookoła niej. Ja nie potrafiłam się na to zdobyć. Hej, to był jedwab! Jedna z tych ubrań, które zdążyłam uratować. Wcześniej nosiła ją moja matka, więc była dosyć sentymentalna. Zresztą to nie było ważne. Słowo "jedwab" wyjaśniało według mnie całą sytuację. 
Czując się wymęczona, głodna, chora umysłowo i nieźle pojebana, oparłam z rezygnacją głowę o drzewo. Postanowiłam, że przeczekam jeszcze te parę minut, aż słońce zajdzie i nastanie noc. Wtedy będę mogła bez przeszkód odnaleźć mój dom. Tak, to był dobry pomysł.
Miał, jednak pewną wadę. Byłam śmiertelnie zmęczona tymi wszystkimi wrażeniami, że zwyczajnie zamknęłam oczy. "Na chwilę", jak to mówią ludzie. Jasne. Oczywiście, zasnęłam prawie natychmiast. 

Cezar? A co tam u ciebie? :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz