- Aż tak bardzo niechcianym gościem jestem? - zapytałem, udając minę dopiero co skarconego psa.
Genevieve zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów i odchrząknęła lekko.
- Na chwilę obecną tak, więc nie chcę być niemiła... Ale chyba znasz
drogę do wyjścia - odwróciła się, podnosząc jedno z pudeł i poszła do
innego pokoju, znikając mi z oczu za rogiem.
- Zawsze mogę pomóc ci, no wiesz - wskazałem ręką, chyba do siebie, bo
Gen wciąż była gdzie indziej. - Ogarnąć to wszystko. A trochę tego jest.
- Nie, dzięki... Idź w końcu - dodała podniesionym głosem, po chwili przerwy.
Odetchnąłem ciężko, przeczesując dłonią włosy na głowie, po czym oparłem ręce na biodrach.
- Nie musisz mnie odprowadzać - krzyknąłem, by mnie usłyszała.
***
Już się ściemniało, kiedy kroczyłem ciemnym lasem po ledwo co
dotkniętej ludzką stopą trawie. Dało się usłyszeć pohukiwanie sowy i
trzepotanie skrzydeł innych ptaków. Mimo dopiero odkrywania terenu i
uczenia się nowych zakamarków i miejsc bezbłędnie trafiłem do czwartego
domku.
Przez duże okna byłem w stanie dostrzec jak Genevieve przemieszcza się
po chacie. Odkąd poszedłem, dziewczyna wciąż układała przedmioty na
swoje miejsce. Widocznie wolała wszystko zrobić za jednym razem, niżeli
na raty.
Wbiegłem po schodach, przeskakując co drugi stopień, aż w końcu
znalazłem się przed dobrze znanymi mi drzwiami, może przez to, że byłem
zmuszony cały czas je oglądać. Zapukałem.
Gen otworzyła, a na jej twarzy zagościł wyraz niemałego zdziwienia.
- Ja przyszedłem na tę herbatkę, na którą mnie nie zapraszałaś z
nadzieją, że jednak zaprosisz... - uśmiechnąłem się. - Więc mogę wejść
na herbatę?
Genevieve, z buta wjeżdżam ;D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz